Historia, którą od kilku dni śledzi i opisuje amerykański serwis Bike Share Museum, brzmi bulwersująco. Przynajmniej patrząc przez pryzmat haseł o zrównoważonym rozwoju, optymalnym wykorzystywaniu zasobów, czy choćby zwykłej niechęci do marnotrawstwa. Według informacji Bike Share Museum, współdzielone elektryczne rowery Jump – firmy bikesharingowej z San Francisco, kupionej przez Ubera w 2018 r. – idą obecnie na złom w liczbie ok. 20 tys. sztuk. I to nie dlatego, że coś im dolega – anihilacja ma jakoby czekać nawet fabrycznie nowe pojazdy.

Ile to jest 20 tys. rowerów? To z grubsza cztery razy tyle, ile liczy sobie cała warszawska flota Veturilo.

Nowe rowery Jump na złom?

Opisany scenariusz ma być efektem umowy inwestycyjno-biznesowej, którą Uber zawarł na początku maja z operatorem e-hulajnóg Lime. Przy czym autor tekstów odpowiedzialność za taki rozwój sytuacji przypisuje wyłącznie decyzjom biznesowym Ubera. To one, jego zdaniem, doprowadziły do sytuacji, w której tysiące jednośladów najbardziej opłaca się wysłać na przemiał.

• Czytaj też: Uber zainwestuje w Lime i przekaże jej swój rowerowy biznes

Jak twierdzi Bike Share Museum, taki los czeka też najnowszy, eksperymentalny model roweru Jump, z innowacyjnym systemem wymiennych baterii. W zamyśle inżynierów, system ten miał w przyszłości obsługiwać nie tylko współdzielone rowery, ale też e-hulajnogi i inne pojazdy mikromobilne w ramach multimodalnych usług sharingowych.

Bike Share Museum: rowery Jump idą na złom
Screenshot z serwisu Bike Share Museum, który od kilku dni tropi, co stanie się z pojazdami Jump po pozbyciu się tej marki przez Ubera.

Jaki łańcuch decyzji i uwarunkowań może doprowadzić do – wydawałoby się kuriozalnego – scenariusza z finałem na składowisku złomu? Zachęcamy do lektury materiału źródłowego. Rzecz dotyczy wydarzeń w USA, dużą rolę w tej historii odgrywają zwolnienia dotykające kluczowe kadry inżynierskie. Kilka dni temu rowery Jump powróciły na ulice w Denver, co może (przynajmniej częściowo) przeczyć informacjom o złomowaniu całej floty. Nie jesteśmy w stanie zweryfikować tez zawartych w artykułach Bike Share Museum.

• Aktualizacja 28/29.05: Temat podjęły już światowe media, m.in. serwis The Verge, BBC czy “Financial Times“, uznając historię za potwierdzoną. Ten ostatni tytuł podał, że złomowane rowery kosztowały 2 tys. dol. za sztukę

Służby prasowe Ubera w Polsce prosiliśmy natomiast – już blisko trzy tygodnie temu i jak dotąd bezskutecznie – o informacje na temat losów krakowskiego centrum inżynieryjnego Jump, które nad rozwojem tych rowerów pracuje od wielu lat (powstało jeszcze gdy firma Jump nazywała się Social Bicycles i nie należała do Ubera). Sprawa umowy Uber-Lime ma bowiem także swój polski wątek – uboczny, ale patrząc z naszego podwórka ciekawy. Opisywaliśmy go obszernie dwa tygodnie temu.

• Czytaj też: W Krakowie Uber miał projektować smart-rowery Jump. Co teraz? 

Rowery Jump czy rowery Lime?

Jump oferuje swoje usługi bikesharingowe nie tylko w USA, ale także w Europie – choć, jak się zdaje, w coraz mniejszym wymiarze. Jak podał wczoraj serwis Shared Micromobility, obecnie czerwone e-rowery wciąż są dostępne w Paryżu (2150 sztuk), Rzymie (900) oraz Londynie (800). Liczebność floty Jump spadła natomiast do zera w Berlinie, Monachium, Rotterdamie, Lizbonie, Madrycie i Brukseli

W tym ostatnim mieście, jak napisał w ubiegłym tygodniu “The Brussels Times”, Jump już zwolnił swój personel, co jest równoznaczne z zamknięciem usługi.

Rowery Jump - Bike Share Museum
Najnowsze, dzisiejsze ustalenia bloga Bike Share Museum. “Skala strat jest porażająca”. Źródło: Twitter

Firma Lime – choć kojarzona jednoznacznie z hulajnogami na minuty – ma także prowadzony na mniejszą skalę własny projekt bikesharingowy, oparty na rowerach elektrycznych Lime-E (dostępnych m.in. w Londynie). Z tego, co przekazała nam w połowie maja Paulina Ackermann, szefowa Lime w naszym regionie Europy, wynikało, że konsekwencje umowy Uber-Lime na Starym Kontynencie są jeszcze przedmiotem ustaleń.

Prabin Joel, konsultant ds. mikromobilności, twierdzi, że Lime nie przejęła wszystkich rowerów Jumpa, a tylko część – w liczbie potrzebnej do realizacji własnych planów biznesowych (dodajmy – Jump był wciąż usługą niedochodową, z raportów wynikało, że firma traciła kwartalnie 60 mln dol.) Jego zdaniem, złomowanie dotyczy tych pojazdów, które pozostały na stanie Ubera.

Wizerunkowy kryzys

Historia nagłaśniana przez Bike Share Museum zaczyna stopniowo zyskiwać rezonans na Twitterze – wywołując mocno negatywne komentarze. Pojawił się już też kilkusekundowy filmik, który pokazuje co dzieje się z uznanymi za zbędne rowerami. I wygląda to bardzo nieprzyjemnie:

W dodatku Lawrence Leuschner, szef i współzałożyciel niemieckiej firmy hulajnogowej Tier (działa na skalę europejską) opublikował informację, że  już od trzech tygodni jego spółka podtrzymuje ofertę przejęcia zbędnych rowerów Jump i przywrócenia ich do życia.

Marka Jump miała, zwłaszcza w USA, swoich fanów, uważających czerwone e-rowery za szczególnie wartościowy i dopracowany projekt bikesharingowy, o typowo start-upowych korzeniach. Jeśli informacje o planowym zniszczeniu 20 tys. sprawnych, elektrycznych jednośladów się potwierdzą i zyskają rozgłos – mogą okazać się dla Ubera problemem wizerunkowym. Może nawet kryzysem.

[Tekst edytowany 27 i 28.05.2020 – dodano m.in. film z Twittera, informację o potwierdzeniu historii oraz o oświadczeniu CEO firmy Tier]


W mikromobilności dużo się dzieje! – śledź nas na Twitterze i Facebooku