Słowo hamownia zrobiło w ubiegłym roku dużą karierę wśród użytkowników lekkich pojazdów elektrycznych – e-bike’ów czy e-hulajnóg – ale także wśród dziennikarzy, aktywistów, policjantów, a nawet polityków. I zapewne w tym roku zrobi jeszcze większą, bo wprawdzie rzeczy dzieją się powoli, ale można przypuszczać, że z początkiem sezonu historyczne, pierwsze kontrole z użyciem tego typu urządzeń rzeczywiście zobaczymy na ulicach.
Hamowni jedni się boją, inni się z nich śmieją, a jeszcze inni bardzo pragną je zobaczyć na polskich drogach, na wyposażeniu służb, jako wunderwaffe przeciw tym tzw. „nielegalnym” elektrykom. Zarazem można się spotkać z opinią, że barierą (czy, jak woleliby inni, ochroną przed hamowniami) będą długotrwałe procesy ich certyfikacji w urzędzie miar, bo żeby wskazania hamowni miały pełną wartość dowodową, to ten sprzęt musi taką certyfikację przejść.
Okazuje się jednak, że – być może – te relacje dowodowe nie do końca muszą tak właśnie wyglądać.

Operacja Wrangel: łapanki po angielsku
Kryptonim ten brzmi jak nazwa operacji jednostek specjalnych, ale jest to nazwa akcji, którą w ostatnich tygodniach prowadziła przeciwko użytkownikom elektrycznych rowerów policja w Nottingham w Anglii, uzbrojona w nowy sprzęt – kompaktowe urządzenie marki Wenger. Jak to wyglądało – możecie zobaczyć na osadzonym niżej filmie.
Gdy stwierdzano, że maksymalna prędkość pojazdu na silniku jest wyższa niż dozwolone w przepisach 15,5 mil/h (czyli 25 km/h, podobnie jak w Polsce) policja go zatrzymywała i w co najmniej niektórych przypadkach kierowała sprawę do sądu. – Zero tolerancji! – mówi w pewnym momencie funkcjonariusz na filmie z akcji.
Według BBC, od 3 listopada do 5 stycznia policja skonfiskowała w ramach operacji Wrangel 34 elektryczne rowery, a 24 jeźdźców zaciągnęła przed sąd. W następnym komunikacie funkcjonariusze pochwalili się wyrokami, do których udało się doprowadzić. Oskarżeni dostawali kary z kilku różnych tytułów, sumujące się do kwot od kilkuset do ponad 1 tys. funtów każdy. A niektórzy, co ciekawe, także punkty karne.
⇒ WERSJA WIDEO ARTYKUŁU NA NASZYM KANALE YOUTUBE:
Za co konkretnie sąd dawał im te kary – nie ma co się rozwodzić. Nie nasz kraj, nie nasz system prawny. Uwagę zwraca jednak samo urządzenie, a właściwie jego niespotykana kompaktowość, bo nie przypomina ono dużych, rozbudowanych hamowni, które widywaliśmy np. na zdjęciach testowych polskiej Policji z Wielkopolski czy np. na zdjęciach z Holandii lub Niemiec. Tu mamy w zasadzie tylko dwie rolki, mały wyświetlacz i… koniec. Ultra kompakt. Mieści się w walizce.
E-hulajnoga 110 km/h w Zurychu
Idąc tropem tego urządzenia, przenosimy się do Szwajcarii, kraju jego producenta. Tam ten sam sprzęt jest wykorzystywany również, a w październiku 2025 roku w Zurychu posłużył do kontroli, z której film stał się swoistym viralem. Sprawdzana hulajnoga elektryczna marki Teverun okazała się zdolna do rozwinięcia prędkości 110 km/h, co zszokowało opinię publiczną.
Na marginesie – była to barwna historia, bo przy próbie zatrzymania jeździec podjął próbę ucieczki, a policja – pościg na sygnale ulicami Zurychu. Jak by się skończyło, nie wiadomo, ale w pewnym momencie 49-letni Szwajcar zanadto ściął zakręt i uderzył w przejeżdżający tramwaj. Próbował nawet dalej uciekać pieszo, ale bez powodzenia. Teveruna skonfiskowano, jeźdźca aresztowano i oskarżono, co dalej nie wiemy. „Za szybko, ale nie dla policji” – tak brzmiał tytuł informacji prasowej.
⇒ MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ:
Hulajnogę w Zurychu sprawdzano tym samym walizkowym urządzeniem, którego używała policja w Anglii. Jego nazwa własna to E-speed Control.
I teraz najciekawsze. Na stronie producenta, firmy Wenger, określane jest bynajmniej nie jako hamownia czy dynamometr, lecz jedynie jako jako „miernik prędkości koła”. Producent wprost zastrzega, że E-Speed Control nie jest urządzeniem pomiarowym sensu stricto, a służy wyłącznie do wykrywania podejrzeń o wykroczenia. Mierzy maksymalną prędkość koła pojazdu, która nie musi odpowiadać jego realnej maksymalnej możliwej prędkości, bo ta metoda pomiaru nie uwzględnia np. oporu powietrza, oporów toczenia czy też obciążenia, zależnego od wagi jeźdźca. W ramach swojej metodologii urządzenie jest skalibrowane przez szwajcarski urząd kalibracji METAS.
„Hamownia” na e-hulajnogi i e-rowery. Efekt odstraszania
I to, jak się zdaje, jest pewna nowość w wyścigu między przepisami z jednej strony, a rynkiem i użytkownikami z drugiej. Przynajmniej z perspektywy tych, którzy zakładali, że skutecznie używana przez policję hamownia musi być bardzo wyrafinowanym osprzętem, mierzącym najróżniejsze parametry napędu i pojazdu.
W tym przypadku rozumowanie wydaje się proste. Policja zatrzymuje jadącego, mierzy w bardzo prosty sposób prędkość koła, widzi, że ta mocno przekracza dopuszczalne ograniczenie i robi smartfonem zdjęcie do protokołu. Inne rzeczy (np. moc silnika w przypadku roweru czy masa własna w przypadku e-hulajnogi) już jej nie interesują.

I dalej pewnie działa to tak, że jeździec albo przyznaje się do winy i zostaje ukarany, albo kwestionuje wskazanie jako nieodpowiednio udokumentowane. I może nawet dałoby się je skutecznie podważyć, ale można przyjąć, że policja – wiedząc, jak się rzeczy mają – już nie odpuści. Może badać pojazd dalej, np. z udziałem biegłego czy bardziej zaawansowanego osprzętu. A powiedzmy sobie szczerze: wiadomo co wyjdzie. Co więcej, wtedy mogą dojść jeszcze jakieś kolejne wykroczenia wykryte w pojeździe, poza samą prędkością.
Nacisk psychologiczny na użytkownika, żeby już nie brnął głębiej w przegraną sprawę, staje się więc bardzo mocny. Efekt odstraszania zostaje osiągnięty.
Mikrohamownia kontra pilot. Wyścig zbrojeń
Jakie urządzenia ewentualnie zostaną kupione przez służby w Polsce – nie mamy pojęcia. Ale coś bardzo podobnego do E-Speed Control, tyle że polskiego producenta (najpewniej firmy Unimetal ze Złotowa), pojawiło się już w listopadzie ubiegłego roku na pokazie w Trójmieście. Jest więc możliwe, że będzie to sprzęt tego właśnie typu, wykorzystujący podobny model działania (prawdopodobnie polskie urządzenie oferuje nawet szersze spektrum mierzonych parametrów).

Jeśli tak będzie, to policja i/lub straże miejskie dostaną mocną kartę. Zwłaszcza z uwagi na prostotę obsługi i wspomnianą kompaktowość, która czyni taką (w cudzysłowie) hamownię sprzętem dla służb bardzo poręcznym.
Wtedy jednak można wróżyć sporą karierę rozwiązaniom innym. Takim, które momentalnie ograniczają maksymalną prędkość elektrycznej hulajnogi czy e-bike’a – na przykład za pomocą pilota, jednym dyskretnym kliknięciem. Albo w jakiś inny sposób, byleby błyskawiczny i trudny do zauważenia (wiadomo przez kogo).
Takie rozwiązania są już dość łatwo dostępne, a użytkownicy nienormatywnych e-bike’ów lub e-hulajnóg zapewne nie poddadzą się bez walki. A już na pewno nie w sytuacji, gdy np. hulajnogi elektryczne dusi się drakońskimi gorsetami w postaci „prędkości konstrukcyjnej do 20 km/h”, jak w Polsce, Szwajcarii czy w Niemczech.
O tym, że nadmiernie rygorystyczne i nieżyciowe ograniczenia uruchamiają grę w durnia między pomysłowością ludzką, a rygoryzmem prawa, wiadomo nie od dziś.
⇒ OBEJRZYJ LUB PRZECZYTAJ: Kraków: policja kontra „nienormatywne” rowery elektryczne. Dwudniowe kontrole drogówki

















![E-hulajnogi Xiaomi serii 6 na 2026 rok. Czy warto na nie czekać i dokąd zmierza marka? [Opinia]](https://smartride.pl/wp-content/uploads/2026/02/Hulajnoga_Xiaomi_6_lr-218x150.jpg)






















![E-hulajnogi Xiaomi serii 6 na 2026 rok. Czy warto na nie czekać i dokąd zmierza marka? [Opinia]](https://smartride.pl/wp-content/uploads/2026/02/Hulajnoga_Xiaomi_6_lr-324x160.jpg)