Kiedy pod koniec 2018 r. w Polsce pojawiły się e-hulajnogi na minuty, jedni je polubili, inni przeciwnie – ale chyba nikt nie uznał ich za tanie. Z wielu różnych kalkulacji płynął zgodny wniosek – to jeden z najdroższych środków transportu w mieście. “Ekologicznie, ale drożej niż Uberem“. “Jest tylko jeden problem – są drogie“. “To dla mnie za dużo” – to przykłady tytułów tekstów, których autorzy oceniali opłacalność korzystania z sharingu hulajnóg.

Standardowe stawki 2-2,5 zł za odblokowanie hulajnogi plus ok. 0,5 zł za minutę jazdy oznaczały, że 7-minutowy przejazd (a na przykładzie Lime widać, że takie trasy są najczęstsze) uszczuplał konto o ok. 5-6 zł. W mieście da się pokonać w tym czasie 1,5-2 km. Przy przejazdach okazjonalnych można na to nie zwracać większej uwagi, ale jeśli ktoś regularnie korzysta ze współdzielonej hulajnogi – np. na tzw. ostatnią milę w dojazdach do i z pracy – to jego miesięczne wydatki idą w liczby trzycyfrowe.

I nagle – w Warszawie w ostatnich dniach ta sytuacja uległa diametralnej zmianie. Dziś w stolicy można jeździć elektrycznymi hulajnogami za kwoty, które jeszcze niedawno uznano by za żart. Co się stało i jak długo to potrwa?

Noizz: Hulajnogi są drogie
Jeden z tekstów o opłacalności hulajnóg na minuty. Przykład reprezentatywny dla wielu tekstów na ten temat. Wrzesień 2019.

Hulajnogi nagle tanie

Nowe warunki gry cenowej jako pierwszy podyktował, jak się zdaje, Dott. Europejski operator wszedł na rynek w Warszawie z liczbą hulajnóg i strefą obsługi na tyle dużą, że jego ceny musiały stać się punktem odniesienia dla innych wypożyczalni. Cennik regularny firmy jest typowy. Ale chcąc wypromować hulajnogi, Dott zaoferował promocyjne pakiety – dwa 15-minutowe przejazdy dziennie za 5 zł oraz 50 takich przejazdów w tygodniu za 19,99 zł.

To już nie są stosowane wcześniej przez operatorów kody promocyjne na kilka minut gratisowej przejażdżki, tylko regularna oferta, z której użytkownicy będą korzystać zapewne w sumie przez kilka tygodni.

Hulajnogi Dott - tanie pakiety promocyjne
Pakiety Dott – oferta od 6 maja. Fot ZD/SmartRide.pl

Reakcja konkurencji nadeszła szybko. Warszawska sieć blinkee.city, która w czasie pandemii najodważniej podchodziła do rynku i przed wejściem Dotta wyrosła na głównego operatora e-hulajnóg w Warszawie odpowiedziała w ubiegłym tygodniu promocją “Hulaj Warszawo”. Jej głównym przekazem jest “hulajnoga na cały dzień w cenie jednorazowego biletu komunikacji miejskiej”.

Promocyjny cennik jeszcze jakiś czas temu wydawałyby się wręcz niewiarygodny. Posiadacze Warszawskiej Karty Miejskiej mogą wypożyczać e-hulajnogi blinkee za 4,40 zł dziennie. Wprawdzie “cały dzień” to, jak wynika z zastrzeżeń w regulaminie, w istocie osiem godzin, ale w tym czasie użytkownik ma hulajnogę w zasadzie na wyłączność (można ją zapauzować).

Ci, którzy karty miejskiej nie mają, zapłacą za 9,90 zł. Jak na wielogodzinny wynajem pojazdu na wyłączność również jest to stawka bardzo niska. Dla porównania – wypożyczenie na trzy godziny roweru Veturilo (pierwsze 20 min. za darmo) kosztuje warszawiaka 9 zł, a gdyby ktoś chciał wynająć go dla siebie na 8 godzin – zapłaci 34 zł.

blinkee - promocja na billboardzie
Swoją ofertę promocyjną blinkee.city wsparło nawet outdoorową kampanią na billboardach. Fot. ZD/SmartRide.pl

Promocje Dott i blinkee (a operatorzy ci mają w Warszawie duże floty) sprawiły, że w maju AD 2020 e-hulajnoga na minuty stała się w Warszawie prawdopodobnie najtańszym (zależy od kryteriów) środkiem transportu. A na pewno jednym z najtańszych.

Pandemia, zmiany i wolny rynek

Przyczyna takiej sytuacji wydaje się jasna – znaczna konkurencja, przy relatywnie niewielkim jeszcze popycie, w realiach postpandemicznego zmniejszenia ruchu. Oferta hulajnóg w stolicy (i to pomimo wycofania się Birda i hive) jest już duża, podczas gdy ludzie nadal przemieszczają się mniej niż normalnie.

Dochodzi też jeszcze jeden czynnik, długofalowo nawet ważniejszy  – nadzieja operatorów na to, że zmiany w nawykach transportowych mieszkańców po pandemii (unikanie transportu zbiorowego) uda się rozegrać na rzecz popularyzacji mikromobilności. Tym bardziej, że ciepła pora roku temu sprzyja.

– Wprowadziliśmy akcję promocyjną, żeby zobaczyć jaki w ogóle jest potencjał tego rynku. Chcemy wyciągnąć ludzi z samochodów, które przecież w 90 proc. przypadków wożą tylko jedną osobę

– mówił Marcin Maliszewski, współtwórca blinkee.city na wczorajszej debacie online z udziałem samorządów i biznesu (a także z udziałem wydawcy SmartRide.pl) poświęconej zmianom w transporcie miejskim po pandemii.

Borys Pawliczak, szef Dott na Polskę, wypowiada się podobnie. – By stanowić realne uzupełnienie istniejącego systemu komunikacji miejskiej, oferta mikromobilności musi być szeroko dostępna oraz przystępna cenowo. Nasze pakiety spotkały się z dużym zainteresowaniem mieszkańców Warszawy i realnie pomagają im w przemieszczaniu się po poszczególnych dzielnicach, a także na dłuższych trasach – mówi Pawliczak.

Schodzenie z cen widać zresztą w tej branży nie tylko w Warszawie. Różni operatorzy działający w innych miastach (tutaj można zobaczyć jak wyglądał polski rynek pod koniec kwietnia) co i rusz ogłaszają rozmaite promocje – darmowe odblokowania czy dłuższe okresy gratisowej jazdy.

Logo Sharing promocja
Tego typu ofert promocyjnych jest w polskich miastach coraz więcej. Źródło: profil facebookowy trójmiejskiej firmy hulajnogowej Quick.

“To ceny tymczasowe”

Utrzymanie na dłuższą metę takich ofert, jakie pojawiły się ostatnio w Warszawie, zmusiłoby wcześniej czy później innych operatorów do reakcji. Sęk w tym, że firmy hulajnogowe (zwłaszcza globalne) przed pandemią konsekwentnie przykonywały, iż ceny wypożyczeń są pochodną wysokich kosztów działalności i niższe być nie mogą. Bieżący rok miał być dla tego biznesu okresem dochodzenia do rentowności i testem na prawdziwą zdolność operatorów do zarabiania.

Wojna cenowa byłaby więc przejawem desperacji w branży, kolejnym akordem kryzysu, prowadzącym wprost do przetrzebienia rynku.

Sytuacja jest zatem bardzo ciekawa. Z jeden strony mamy scenariusz potencjalnego boomu na codzienną, miejską mikromobilność, z drugiej – wizję stopniowego wykrwawiania się kolejnych graczy.

Na razie inni duzi operatorzy hulajnóg w Warszawie – w tym amerykańska Lime  i estoński Bolt – nie zareagowali na presję cenową rywali. Pierwsza firma liczy sobie 3 zł za odblokowanie + 0,5 zł za minutę, druga odpowiednio 1 zł + 0,6 zł. – Jesteśmy największym operatorem hulajnóg sharingowych na świecie i w Polsce, skupiamy się na naszym długotrwałym celu, czyli dochodowości – odpowiedziała nam Paulina Ackermann, szefowa Lime na Polskę, na pytanie o politykę cenową.

Z nieoficjalnych sygnałów wynika, że obecne promocje należy traktować mocno tymczasowo. Pośrednio przyznaje to zresztą także Borys Pawliczak z Dott: – W niedalekiej przyszłości planujemy zmienić naszą ofertę pakietową tak, aby lepiej dopasować ją do potrzeb naszych użytkowników – mówi.

Cennik na hulajnogi będzie się zmieniał

Można jednak obstawiać, że o ile obecne niskie ceny najpewniej wkrótce przejdą do historii, o tyle użytkownicy mogą mieć nadzieję na coraz bardziej elastyczną i urozmaiconą politykę cenową operatorów. Widać, że model “odblokowanie + minuta jazdy” jako jedyna opcja w cenniku staje się nieco anachroniczny. Korzystanie z e-hulajnóg zapewne więc średnio stanieje, szczególnie jeśli ich popularność będzie rosła.

Trend ten widać zresztą także na Zachodzie – przykładowo niemiecka firma Tier zaoferowała w maju w Niemczech i w Norwegii 40 darmowych odblokowań hulajnogi miesięcznie dla posiadaczy biletu okresowego na transport zbiorowy.

– W najbliższych dniach ponownie uruchomimy w Polsce Lime Pass, czyli tygodniowe zwolnienie z opłat za odblokowanie. Lime Pass będzie w cenie 9,99 zł za tydzień – zapowiada Paulina Ackermann. Już to oznacza, że Lime Pass będzie o 10 zł tańszy niż był przed pandemią (pierwszy raz ta opcja pojawiła się w styczniu).

Pakiety na wielokrotne przejazdy, abonamenty, zniżki dla posiadaczy biletów okresowych i kart miejskich (pozwalające wizerunkowo powiązać e-hulajnogi z transportem zbiorowym) – to rozwiązania, które prawdopodobnie w następnych miesiącach będą pojawiać się coraz częściej. – Rynek współdzielonych pojazdów dopiero się rozwija – mówi Pawliczak. – A jego potencjał jest na tyle duży, że w najbliższym czasie będziemy mogli obserwować wiele strategii.


Mikromobilność jest na czasie 🙂 Warto nas obserwować na Twitterze i Facebooku