Nigdy nie używałam elektrycznej hulajnogi, ale chciałabym spróbować. Myślę, że to świetny pomysł, naprawdę użyteczna rzecz m.in. dla osób, które, tak jak ja, mieszkają z dala od stacji kolejowej – mówi nam Cordelia Roberts, dla znajomych Coco, mieszkanka Londynu, pracująca jako stolarz. Dzień, w którym Coco będzie mogła legalnie przetestować transport na e-hulajnodze, wydaje się już nieodległy. W tym tygodniu, jak doniósł w weekend „Guardian”, angielski Departament Transportu ma opublikować wytyczne programu pilotażowego, w których określi w jaki sposób hulajnogi na minuty zostaną wpisane w brytyjskie miasta i w ruch drogowy

Dziennik podaje, że do pilotażu zgłosiło się 30 gmin (jednostek samorządowych) w wielu miastach na Wyspach – w tym w Londynie, ale także w Birmingham, Bristolu, Liverpoolu, Manchesterze czy Cambridge. To ważne – bo legalne publiczne korzystanie z e-hulajnóg będzie możliwe tylko na tym terenie, którego władze lokalne przystąpią do programu.

Program pilotażowy ma potrwać 12 miesięcy. W tym czasie będą dopuszczone jedynie hulajnogi sharingowe (prywatne pozostaną niedozwolone na drogach publicznych). Kontekst tych planów oraz konkretne proponowane dla e-hulajnóg regulacje opisywaliśmy na początku czerwca.

● Czytaj też: Jak Wielka Brytania chce uregulować e-hulajnogi

„Guardian” przywołuje analizy, zgodnie z którymi ok. 60 proc. podróży samochodem w Wielkiej Brytanii to przejazdy na dystansie 1-5 km. Założenie jest takie, że na tego typu trasach elektryczna hulajnoga mogłaby przynajmniej częściowo zastąpić auto, pomagając w rozgęszczeniu ruchu motoryzacyjnego i zmniejszeniu zanieczyszczeń.

Wielka Brytania. Wkrótce na niektóre ulice wyjadą e-hulajnogi
Hulajnogi w Wielkiej Brytanii mają pomóc w rozgęszczeniu ruchu motoryzacyjnego po pandemii. Fot. Pixabay

Korzyści nieudowodnione

Samorządy najpewniej ściśle uregulują podczas pilotażu zarówno grono operatorów, którym będzie wolno wypożyczać hulajnogi, jak i liczbę udostępnianych pojazdów. Widać, że władze brytyjskie podchodzą do tego tematu bardzo ostrożnie i będą starały się ograniczyć ciemniejszą stronę sharingu jednośladów – w tym bałagan wynikający z bezładnego porzucania hulajnóg w ciągach komunikacyjnych czy na chodnikach.

Zastrzeżeń nie brak – wśród nich trudno przeoczyć negatywną opinię Parlamentarnej Rady Doradczej ds. Bezpieczeństwa Ruchu (PACTS – The Parliamentary Advisory Council for Transport Safety). W konsultacjach podeszła ona niechętnie do wizji wpuszczenia na drogi nawet tylko e-hulajnóg współdzielonych, widząc w tym nogę wstawioną w drzwi i wstęp do ekspansji także tych prywatnych. A w całym zjawisku mikromobilności PACTS dostrzega raczej źródło potencjalnych problemów przy nieudowodnionych korzyściach.

E-hulajnogi mogłyby skrócić czas, który spędzamy w samochodach i ograniczyć zanieczyszczenie, ale nie chcemy strzelić gola do własnej bramki, zachęcając do używania elektrycznych pojazdów zamiast chodzenia i jazdy rowerem – mówił cytowany przez media Huw Merriman, przewodniczący poselskiej komisji transportu. – Musimy wziąć pod uwagę zagrożenia dla innych użytkowników dróg, a szczególnie pieszych niedowidzących bądź tych, którzy używają wózków i potrzebują wolnych chodników. Trzeba też uwzględnić bezpieczeństwo jeżdżących na e-hulajnogach”.

Kultura drogowa

Na to zwracają uwagę także sami potencjalni użytkownicy. Hannah Sunter, która zarzadza projektami w firmie Whitewall (produkcja rzezb i instalacji oraz organizowanie wystaw) wspomina, że używała skutera na wakacjach w Kambodży – i tam czuła się dość bezpiecznie, bo ruch uliczny wyglądał inaczej. Na drogach było mnóstwo użytkowników skuterów, rowerów i różnych innych małych pojazdów, dzięki czemu także kierowcy aut czy ciężarówek mieli wyrobiony ciągły nawyk uważania na tę drobnicę.

W Europie kultura drogowa jest zupełnie inna.

– W Londynie, przy dzisiejszej organizacji ruchu, na elektrycznej hulajnodze chyba nie czułabym się bezpiecznie.

Trudno mi sobie wyobrazić, żeby np. słuchać podczas jazdy muzyki czy podcastów. W deszczowy dzień jazda na hulajnodze raczej nie byłaby miła. I chyba miałabym trochę za daleko do pracy – mówi Sunter, gdy ją zapytaliśmy czy przesiadłaby się na elektryczną hulajnogę. – Sądzę, że te pojazdy są w teorii świetną koncepcją, ale mają trochę ograniczeń. Niektóre z nich można z czasem rozwiązać wprowadzając konkretne regulacje dotyczące ich ruchu. Jeżeli hulajnogi miałyby być dopuszczone do ruchu podobnie jak rower, to mogą pojawić się problemy np. z wyprzedzaniem. Może czas robić dwupasmowe drogi rowerowe? – zastanawia się nasza rozmówczyni.

Nowy, duży rynek

Ostrożne podejście władz sprawia, że w Anglii duże znaczenie dla tego biznesu będzie miała współpraca ze sferą publiczną. Trudno uznać za przypadek, iż np. w globalnej firmie Bird osobą odpowiedzialną za tzw. public policy została Emma Silver, niegdyś doradca ministra transportu

Beryl - firma bikesharingowa też jest zainteresowana pilotażem
Jedną z firm zainteresowanych pilotażem elektrycznych hulajnóg w Wielkiej Brytanii jest Beryl – operator bikesharingu w kilku miastach. Fot. materiały prasowe Beryl

Słuchaliśmy jej wypowiedzi w czasie webinaru o mikromobilności, zorganizowanego w ubiegłym miesiącu przez Centre for London, gdzie odnosiła się m.in. do problemu parkowania współdzielonych e-hulajnóg. Jedno z proponowanych rozwiązań dotyczyło wykorzystania w tym celu niektórych miejsc parkingowych dla aut. – Tel-Awiw, Paryż czy Lizbona to przykłady miast, które skutecznie rozwiązują te kwestie. Rozumiem że w wielu dzielnicach Londynu może panować niechęć do tracenia miejsc parkingowych, ale jedno może pomieścić co najmniej 12 e-hulajnóg. Powolne odchodzenie od tego, aby tak dużo przestrzeni poświęcać dla samochodów jest chyba czymś dobrym – przekonywała Silver.

– Operator może za pomocą geofencingu ograniczać odpowiednio limit prędkości w tych miejscach, w których takie będą na np. wymogi lokalnych władz – mówiła przedstawicielka Birda, gdy pojawiał się wątek bezpieczeństwa.

Jedną z firm wyraźnie mocno zainteresowanych ekspansją na Wyspach jest szwedzki operator Voi, obecny m.in. w Skandynawii, Niemczech czy Francji. – Miasta muszą dawać mieszkańcom więcej opcji transportowych. Sądzę, że pokazaliśmy [na innych rynkach – red.], że potrafimy zastąpić krótkie przejazdy samochodowe, rzędu 1-3 mile, podróżami na e-hulajnogach – przekonywał Fredrik Hjelm, szef i założyciel Voi, we wspomnianym tekście w „Guardianie”.

Ogromne zainteresowanie firm

Niezależnie od wszelkich wątpliwości – dla międzynarodowych firm z branży hulajnogowej otwarcie się rynku brytyjskiego to świetna wiadomość. Zainteresowanie operatorów e-hulajnóg udziałem w pilotażach na Wyspach jest bardzo duże.

Z aktualnych danych gromadzonych przez firmę CoMoUK, oferującą usługi dla branży współdzielonej mikromobilności, wynika, że chęć zaangażowania się w pilotaż zgłosiło już 18 firm – zarówno operatorów, jak i dostawców infrastruktury i software’u. Swoją szansę widzą w tym m.in. mniejsze i mniej znane start-upy – choćby takie jak Moo Scooters (skojarzenia marki Moo z krową są całkowicie zasadne).

Wśród chętnych jest:

  • garnitur większych i mniejszych graczy europejskich (Bolt, Dott, Voi, Wind, Helbiz, Hive, Knot)
  • kilka firm zza oceanu, w tym Bird (który już oferuje e-hulajnogi na prywatnym terenie Parku Olimpijskiego w Londynie) i Lime (oferuje w Anglii współdzielone rowery), ale także należący do Forda operator Spin oraz firmy Superpedestrian i Ride Gotcha
  • operator Neuron (Australia i Nowa Zelandia)
  • a także rodzime firmy brytyjskie, dla których wreszcie otwiera się szansa na zaistnienie na własnym rynku – Beryl, Blue Zoom, Moo Scooters, Ginger.

I zapewne na tych graczach się nie skończy.

Rafał Misiewicz, Londyn


Mobilność. Miasta. Biznes. Śledź SmartRide.pl na Twitterze i Facebooku