City manager hive Łukasz Gontarek i pracownicy jego firmy mogli w ostatni piątek odetchnąć z ulgą. Informacja o rozbiciu przez warszawską policję ze Śródmieścia szajki kradnącej sharingowe hulajnogi przetoczyła się przez media. Aresztowanie, materiał dowodowy, postawione zarzuty i groźba 5 lat więzienia za kradzieże – mocne ostrzeżenie dla innych złodziei poszło w eter.

I stało się to w samą porę. Od sierpnia kradzieże hive w Warszawie przybrały skalę wręcz krytyczną dla firmy.

W swoim komunikacie policja napisała o ponad 60 współdzielonych hulajnogach, skradzionych przez trzyosobową grupę i wartych łącznie 190 tys. zł. W garażu złodziei znaleziono 18 jednośladów. Marki nie podano, ale materiał zdjęciowy policji jest jednoznaczny – hive.

Z naszych informacji wynika, że operator stracił jednak znacznie więcej pojazdów – około 100 skradziono w same tylko wakacje.

Zapytany o to Łukasz Gontarek nie potwierdza, ani nie zaprzecza, przyznaje natomiast, że problem jest poważny. Hulajnogi ginęły masowo. Zaczęło się w wakacje, po kilku miesiącach działania firmy w Polsce.

– W pewnym momencie stało się to szokujące. Ale po sierpniowej fali kradzieży opanowaliśmy sytuację. Przetarliśmy kanały współpracy z policją, dużo się nauczyliśmy, ze swojej strony pomagaliśmy policjantom rozpracować specyfikę tego zjawiska. Zaangażowaliśmy prywatnych detektywów, którzy nauczyli nas różnych patentów. To przynosi efekt, sprawy idą w oczekiwanym kierunku i nie poprzestajemy na tym – opowiadał Gontarek. Rozmawialiśmy z nim kilka dni przed ogłoszeniem przez policję aresztowań, które potwierdziły jego słowa.

Kradzieże hulajnóg hive
Garaż, w którym złodzieje przerabiali hulajnogi. Fot. materiały prasowe policji

Musiało być już faktycznie nieciekawie, bo od osoby związanej z hive w Warszawie usłyszeliśmy, że niektórzy z pracowników obsługi floty (cyt. „a to nie są aniołki, oni na ulicy czują się pewnie”), zaniepokojeni widmem utraty pracy, chcieli sami przejść do czynów przeciw złodziejom. “Albo oni, albo my”. Kierownictwo podobno musiało ich powstrzymywać, tłumacząc, że międzynarodowa firma nie może organizować zasadzek i samosądów.

Złodzieje na rynku wtórnym

Problemem hive jest… sama hulajnoga. Inni operatorzy – np. Lime, Bird czy blinkee.city – mają pojazdy specyficzne, występujące tylko w ich flotach. Natomiast Segway Ninebot ES4, jeżdżący w barwach hive, to model dostępny także na rynku konsumenckim, nieznacznie tylko zmodyfikowany (bez składanej kierownicy). Kusi więc złodziei. Liczą na to, że po usunięciu flotowych podzespołów technologicznych, barw i oznaczeń hulajnogę będzie można po prostu sprzedać na rynku wtórnym – gdzie nie wzbudzi niczyjego zdziwienia.

– Policja poprosiła nas pewnego razu o identyfikację zabezpieczonych hulajnóg. Były już całe czarne, praktycznie pozbawione znaków rozpoznawczych, kody QR odkręcone – opowiada Alicja, która zajmuje się w hive m.in. współpracą z organami ścigania (wolała wystąpić tylko pod imieniem). – My zawsze jesteśmy w stanie po pewnych detalach rozpoznać nasz sprzęt, ale dla innych może to być bardzo trudne.

Ten sam model pojazdu wykorzystywał jeszcze jeden operator sharingowy w Polsce – CityBee. Ale już nie wykorzystuje, bo z końcem sierpnia firma wycofała swoje e-hulajnogi z Warszawy. Zbieg okoliczności? Zapewne tak. Menedżer CityBee w Polsce Cezary Dudek zaprzeczył, gdy go spytaliśmy czy wycofanie miało związek z kradzieżami (- Zdarzały się, ale nie były wielkim problemem – stwierdził tylko). Ale oficjalnej przyczyny wycofania hulajnóg firma nie podała.

W gumowych rękawiczkach

Z opowieści pracowników hive wynika, że hulajnogi kradnie się najczęściej (choć nie tylko) w nocy. Większość pojazdów (operator ma ich obecnie ok. 400 w Warszawie) jest wtedy zwożonych do ładowania do centrali na Pradze. Część hulajnóg, z wystarczającym poziomem energii, pozostaje jednak na mieście przez całą dobę.

Kradzież z reguły widać szybko. Pracownik w centrali nagle zauważa na swoim monitorze, że jedna lub kilka hulajnóg zaczyna się przemieszczać, mimo że nie zostały wypożyczone. I to przemieszczać z zaskakująco dużą prędkością. Potem sygnał geolokalizacyjny zatrzymuje się w miejscu. Tam jedzie obsługa, ale hulajnóg już nie znajduje – za to gdzieś w śmietniku czy w krzakach namierza wymontowane moduły z lokalizatorem GPS.

hive Warszawa - siedziba
Siedziba hive w Warszawie. Według nieoficjalnych informacji w same tylko wakacje nie wróciło tu z ulic około 100 elektrycznych hulajnóg. Fot. SmartRide.pl

Usłyszeliśmy też opowieść o tym, jak samochód transportowy hive, znajdujący się akurat w pobliżu, podjął pościg za hulajnogą, która – ukryta w jakimś innym aucie – szybko przemieszczała się na mapie. W dzielnicy Włochy, już daleko poza strefą wypożyczeń, obsługa wytypowała podejrzany samochód, za którym starała się jechać. Jednocześnie włączyła zdalnie alarm hulajnogi. Skończyło się happy endem – złodzieje wprawdzie zdołali się oddalić, ale za jakimś zakrętem wyrzucili hulajnogę. To akurat byli amatorzy.

– Kradzieżami raczej nie parała się jedna tylko grupa – nie ma złudzeń Łukasz Gontarek.

Ale teraz jesteśmy zdecydowanie lepiej przygotowani. Wprowadzamy elementy oznakowania, czasem niewidoczne, ale nieusuwalne.

Rozpoznanie ukradzionej nam hulajnogi i poszczególnych jej elementów, a zwłaszcza udowodnienie kradzieży, tak hulajnogi, jak i pojedynczych części, nie jest obecnie żadnym problemem. I chciałbym, by było to dla wszystkich jasne – ostrzega city manager hive.

– Działamy profesjonalnie. Wyrzucone przez złodziei podzespoły, jako dowody w sprawie dla policji, zbieramy w gumowych rękawiczkach i umieszczamy w woreczkach strunowych – dodaje Alicja.

Operator hulajnóg jest w stanie dostarczyć policji pełne informacje o miejscu i czasie kradzieży, liczbie skradzionych hulajnóg, numerach seryjnych pojazdów plus pokazać całą trasę, jaką pokazywały lokalizatory GPS, dopóki złodzieje ich nie wymontowali. Pomaga oczywiście monitoring miejski. Jeśli miejsce z którego złodzieje zabrali pojazdy jest w zasięgu kamer, to odtworzenie tej sceny nie wymaga nawet większego przeszukiwania nagrań, bo czas incydentu jest dobrze znany.

“Pewnie jest na Małej”

Kradzieże od samego początku były problemem dla operatorów współdzielonej mikromobilności, niejedną anegdotę można o tym usłyszeć lub przeczytać. Tak jak np. tutaj, o 63-latku z Łodzi, który tłumaczył, że hulajnogę znalazł i chciał ją (razem z flotowym modułem GPS) podarować żonie. Albo o człowieku (to samo źródło), który próbował sharingowy pojazd… zastawić  w lombardzie.

Magdalena Gromniak, szefowa warszawskiej sieci rowerów na minuty Acro, opowiadała nam wiosną, jak kiedyś jej pracownicy wytropili zaginiony czarno-czerwony rower firmy na jednym z podwórek przy ulicy Małej na warszawskiej Pradze-Północ. Oprócz swojego pojazdu – jeszcze całego – zobaczyli tam inne rozmontowane jednoślady, w tym sharingowe.

– Chyba był tam nawet jakiś skuter i rower Veturilo. Nasi ludzie wezwali policję, ale ponieważ nie nadjeżdżała, to zabrali nasz rower i poszli, bo już zaczynali się schodzić lokalsi – wspomina Gromniak. – Potem, gdy tylko słyszeliśmy o jakimś zaginionym pojeździe, żartowaliśmy, że „pewnie jest Małej”.

Do niedawna jednak kradzieże ograniczały się do incydentów i przypadków, w których elementy rozmontowanych jednośladów były oddawane na złom. Z Acro kradziono też często siodełka, aż firma zmieniła ich konstrukcję. Przed wakacjami Nextbike podał, że odzyskał dwa rowery elektryczne, skradzione w maju lub czerwcu. W istocie znacznie bardziej dokuczliwy od złodziei był dla operatorów prymitywny wandalizm.

Obecne kradzieże e-hulajnóg hive to pierwszy przypadek zorganizowanej działalności, prowadzonej na szkodę operatora sharingowego – i to na tak dużą skalę.

Od tego jak firmy i policja będą w stanie poradzić sobie z tym procederem może więc sporo zależeć.

Policja już się uczy

Pracownicy hive, z którymi rozmawialiśmy, komplementują policję. Opowiadają, że początkowo sprawy napotykały pewne problemy proceduralne (no bo jaki podać dokładny adres znalezienia wymontowanych modułów GPS, które zostały porzucone gdzieś w zaroślach?), jednak stopniowo obie strony się dotarły. – Jako odpowiedzialny za flotę hive, a także jako zwyczajny obywatel, jestem pod wielkim wrażeniem profesjonalizmu i skuteczności działania funkcjonariuszy policji – deklaruje Łukasz Gontarek.

– To dla policjantów było zupełnie nowe zjawisko. Ale wykazywali duże zainteresowanie, dzwonili, dopytywali o różne szczegóły, widać było, że aktywnie zajmują się sprawą – wtóruje mu Alicja.

Policja kradzieże hulajnóg
Pracownicy hive deklarują duże zadowolenie z fachowej współpracy z policją. Nie wszyscy operatorzy się pod tym podpisują. Fot. Pixabay

Być może policja właśnie teraz rozwinęła skrzydła, bo nie wszystkie wcześniejsze doświadczenia operatorów pojazdów sharingowych są równie pozytywne.

Menedżer jednej z polskich sieci skuterów elektrycznych na minuty, która z kolei miewa problem z kradzieżą baterii, ma raczej fatalne wrażenia (“Policja? Nic z tym nie robią”). Opowiedział nam historię, jak pewnego razu  jego firma uzyskała nagranie monitoringu z dobrze widocznym sprawcą kradzieży, a lokalizator GPS de facto ograniczył pole poszukiwań do trzech mieszkań – w jednym z nich był skradziony sprzęt.

– Policja dostała to od nas na tacy, trzeba było jedynie zapukać do trzech drzwi i sprawdzić, za którymi jest złodziej. Nie zrobili tego, sprawę umorzono – opowiada nasz rozmówca. Także on przekonuje jednak, że jego firma coraz lepiej uczy się walki ze złodziejami, głównie poprzez techniki namierzania skradzionej własności. Jest optymistą.

Dziś jest już nim także Łukasz Gontarek. – Cały czas doskonalimy się w zabezpieczaniu i monitoringu naszej floty – mówi. – Mamy własną taktykę przeciwdziałania kradzieżom, którą na bieżąco ulepszamy. Chciałbym wierzyć, że najgorsze mamy za sobą.